czwartek, 5 września 2013

Poniedziałek 26 sie, część 1: ten z Prom Queen

„Porucznik z Inishmore”. Znacie? Sztuka Martina McDonagh grana w warszawskim Teatrze Współczesnym. Fanatyczny terrorysta Borys Szyc pragnie zgładzić pół świata, ponieważ ktoś rozjechał rowerem jego kota (i wcale mu się nie dziwię).
„Wyspy Aran”. Reportaż Johna Millingtona Synge z początków XX wieku. Mieszkańcy wysp żyją na pograniczu rzeczywistości i świata celtyckich legend, odcięci od cywilizacji, uzależnieni od morza i zdani na łaskę śmiercionośnego żywiołu.
Otóż – byliśmy tam.
Wiele mieliśmy pomysłów, jak tam się dostać. Samolotem? Samochodem i promem? Rowerem i kajakiem? Pieszo i wpław? Konno i na delfinach? Widzicie, wyspy Aran leżą na oceanie. Nie można tam dojechać stopem ani nawet jednostką Bus Eireann. Jak się okazuje, nie zewsząd da się tam dopłynąć – bezpośrednio z Galway na przykład nie. No, gdybyśmy mieli własny żaglowiec albo kajaki... Ale zapomnieliśmy wziąć z Polski :( Więc koniec końców musieliśmy zdecydować się na współpracę z jednym z około półtora tysiąca przewoźników, którzy oferują wycieczki w to sympatyczne miejsce. Wyspy Aran, trzeba Wam wiedzieć, są trzy: poza Inis Mor jeszcze Inis Meain i Inis Oirr. Ta pierwsza jest najobszerniejsza i odwiedzana przez największą ilość turystów, dwie pozostałe są za to bardziej dzikie. Ze względu na to, że na Inis Mor było najwięcej kursów promem (co oznaczało najbardziej elastyczne ramy czasowe), zdecydowaliśmy się (a niech tam!) na opcję mainstreamową. Utargowaliśmy (Mikołaj) niezłą cenę na zestaw „dojazd do portu + prom”, bilety kupiliśmy już w piątek, po czym niecierpliwie wyczekiwaliśmy poniedziałku.
Nasza dzika przygoda z biurem „Lally Tours” wymagała od nas, niestety, wczesnej pobudki, gdyż już o 9.30 mieliśmy stawić się przy autobusie – opodal, o ironio, portu. Wsiedliśmy doń o 9.15 i chwała Panu, ponieważ odjechaliśmy z przystanku już o 9.20... Bardzo pięknym, piętrowym autobusem, ale znowu po złej. Stronie. Drogi. Ach, ci Irlandczycy, chyba chcą nas wszystkich pozabijać! Celem naszej podróży było miasteczko Rossaveal, które specjalizuje się w przerzucaniu licznych zasobów ludzkich z autobusów na promy i z powrotem. Serio, młyn jest niepojęty. Pobrano od nas nasz bilecik (nie zostawili nawet kawałka na pamiątkę </3) i zanim się zorientowaliśmy, byliśmy już na promie.
Po paru chwilach wyruszyliśmy. Do wyboru mieliśmy komfortowe miejsca na dwóch piętrach w środku (z zerowym widokiem na zewnątrz, ekstra) oraz niewielki taras na rufie. Wiele razy płynęliście w życiu promem po Atlantyku? My też nie, toteż kawałek przestrzeni na tarasie był totalnym must have. Tak wyjątkowa okoliczność zmotywowała nas do wyboru oficjalnej Prom Queen (obrady przeżartego amerykańską kulturą popularną jury wciąż trwają). Powinnam chyba dodać, że mieliśmy wtedy naprawdę bardzo, bardzo irlandzką pogodę – nic dodać, nic ująć! Owinęliśmy się jednak pięciokrotnie w sztormiaki i inne takie-takie, więc nie ruszała nas nawet woda lejąca się niemal strumieniem z dachu. Powzięliśmy sobie za punkt honoru wytrwać w tych średnio sprzyjających waruneczkach i jakże słusznie, gdyż niebawem naszym oczom ukazało się... stado delfinów przemierzających ocean równolegle do nas! Było ich naprawdę sporo i wyskakiwały z wody tak samo, jak na wszystkich kiczowatych obrazkach, tylko szybciej. 
Skoro już o prędkości mowa – płynęliśmy niestety znacznie żwawiej od tych słodkich zwierzątek, więc wkrótce zostały za nami, ale wrażenie pozostało. Niektórzy byli do tego stopnia nasyceni, że schronili się już do środka, a pozostali do ostatka wytrwali na posterunku. Wyspy Aran, które z początku widzieliśmy tylko na horyzoncie (wypatrzyliśmy je nawet z klifu w niedzielę), teraz rosły w oczach. Po pewnym czasie minęliśmy najpierw uroczą małą wysepkę z malowniczą latarnią morską, a potem zaczęliśmy wchodzić do portu Kilronan (po irlandzku Cill Ronain), jedynym miasteczku na wyspie. Stangi przewidywał, że czeka nas przymusowa wysiadka i kąpiel jakieś 50 metrów od brzegu, ale jego przypuszczenia, jakkolwiek przecież zasadne, jednak się nie sprawdziły. W swej łaskawości Irlandczycy wysadzili nas na sam ląd. Było koło 11, a prom powrotny mieliśmy o 18.30.
Mieliśmy świadomość, że wyspa jest mimo wszystko zbyt duża, by zwiedzać ją pieszo. Jeszcze na stałym lądzie otrzymaliśmy jednak ulotkę, która reklamowała wypożyczalnię rowerów, a to za pomocą zdjęcia... tandemu. O matko i córko, tandemem po Inis Mor?! Jak bardzo większym można być hipsterem? Po lądowaniu i przeliczeniu się pobiegliśmy do rzeczonej wypożyczalni, gdzie okazało się, że się przeliczyliśmy :( Pojedynczy rower kosztował bowiem 10€, tandem jeszcze więcej; właściciele łaskawie zeszli do 8€ za jedynkę. Nie byliśmy zachwyceni, więc udaliśmy się do kolejnej wypożyczalni (były w sumie trzy) w nadziei, że tam uzyskamy lepszy deal. W przypływie natchnienia Mikołaj westchnął jeszcze: „Gdyby powiedzieli 6€, to bym rozeznawał...”.
W tym momencie zaczepił nas jakiś gość i spytał: „How many of you are there?”. „Eleven”, odparłam błyskotliwie, na co on powiedział, że da nam po rowerku za szóstkę. Telepatia? Geniusz językowy? Doskonała znajomość rozumowania standardowego klienta? Najzabawniejsze, że jegomość ów był przedstawicielem wypożyczalni, którą właśnie opuściliśmy. Stwierdziliśmy, że cena jest uczciwa (to taniej niż nad polskim morzem!) i wróciliśmy wybrać rowery, każdy według swego upodobania. Naszym dziewczęcym gustom odpowiadały najbardziej eleganckie rowery miejskie z koszykiem i wysoką kierownicą, zaś chłopcy i duchowieństwo zdecydowali się na krzepkie górale. Właściciele wypożyczalni zachęcali, by skorzystać z dostępnych za darmo kasków, na co większość przystała. Wyregulowaliśmy jeszcze siodełka, uczyniliśmy Kubę przewodnikiem, przypomnieliśmy sobie nawzajem, by jechać po złej stronie drogi – i wyruszyliśmy.
Cudowne, CUDOWNE jest przemierzanie dróg rowerem na Inis Mor. Minimalnym wysiłkiem pruje się po aksamitnie gładkim asfalcie, a przed oczami wyrastają coraz to nowe widoki: szachownica niewielkich pastwisk oddzielonych od siebie murami z kamieni, na nich konie, osły i kozy. Kamienne zbiorniki na deszczówkę przypominające małe baseny. Drobne bielone domki o chropowatej powierzchni. Tu i ówdzie – szara ruina chaty lub kościoła, przy jednym z nich pasie się koń. W oddali – postrzępione, skaliste wybrzeże, ocean, kolejne wyspy. Bardzo płasko. Bardzo przestrzennie.
Na pewno zauważyliście brak pewnego istotnego elementu poranka. Ależ tak! To JUTRZNIA. Ze względu na wczesną pobudkę postanowiliśmy (Duch Święty i my :)), że najpiękniej będzie odmówić poranną modlitwę Kościoła już na wyspie. Wypatrzyliśmy więc miejsce, gdzie można było zejść z drogi na zaciszną, skalistą plażę. Dokonaliśmy tam tradycyjnego podziału na chór męski i żeński, odmówiliśmy, cyknęliśmy sobie parę fotek, a następnie posililiśmy się przyrządzonymi na bieżąco kanapeczkami (z masłeeeeeem). 
Już to miejsce zasugerowało nam fakt, który potem stał się oczywistością: otóż Inis Mor jest niczym innym, jak przyrodniczo-krajobrazowym Disneylandem, na którym stłoczono wszystkie wspaniałe rzeczy tamtejszego świata w sposób tak doskonały, że aż nachalny. Wulkaniczne skały są specjalnie ułożone tak, że można bez większego wysiłku czy wspinania się iść i iść i iść. Nawet muszelek na plaży jest zawsze pod dostatkiem – są i różowe stożkowate, i żółte jak ziarenka kukurydzy, i podwójne po małżach. Można znaleźć nawet małe pancerze krabów albo masywne, przypominające ceramikę szczątki skorupy, która jeszcze niedawno mieściła kawał zwierza.
Na mapce przeczytaliśmy, że tylko kawałek dalej jest plaża, na której podczas odpływu wylegują się foki. Nacisnęliśmy więc na pedały i pomknęliśmy (a tymczasem chmury zaczęły się podnosić). Po chwili wyłoniła się przed nami płaska połać, na której faktycznie wygrzewały się widoczne z daleka futrzaste paróweczki. Ojejku! Zostawiliśmy rowery i trochę nie wiedzieliśmy, jak z tymi fokami postąpić. Czy jeżeli się zbliżymy, nie przestraszą się? A może nas skonsumują? Nasz teren od ich i tak oddzielał pas gnijących, cuchnących wodorostów, który część z nas powstrzymał przed inwazją – ale tylko część. Reszta przekroczyła naturalną granicę, lecz oczywiście uszanowała prywatność fok, przyglądając się tylko, jak pociesznie podskakują na swoich tłustych, sprężystych brzuchach, zwijają się w łezkę i machają płetwami. W tym momencie włączyła się nam lampka: aha, Disneyland.
Nie było co tracić czasu – jeszcze większa część wyspy przed nami. Kolejnym punktem, który odwiedziliśmy, był cmentarz pełen celtyckich krzyży i napisów po irlandzku. Pomodliliśmy się za tutejszych zmarłych (stosunkowo wiele grobów kryło dzieci i młodzież), szukaliśmy też jak najstarszego nagrobka – trafiliśmy na jeden z lat 60. XIX wieku. Znaleźliśmy też relatywnie świeży grób (sprzed 10 lat) poświęcony dwudziestoparolatkowi, któremu przyjaciele położyli w miejscu ostatniego spoczynku puszkę ulubionego piwa i torebkę czipsów. Nie PO czipsach. Świat celtyckich mitologii – pamiętacie?
Opuściliśmy cmentarz – akurat w momencie, kiedy wysiadł przy nim z trzech busików tłum turystów – i zgodnie z mapą wycelowaliśmy nasze kierownice na fort Dun Aonghasa. Opowiadał nam o nim już nasz przeor w Galway. Ów fort składał się niegdyś z kilku współśrodkowo ułożonych kręgów z kamienia, ale z czasem morze podmyło klif i zabrało część fortyfikacji. Teraz na skraju urwiska stoją już tylko kamienne półkola. „Uważajcie, to niebezpieczne miejsce,” przestrzegał przeor, „ponieważ ma się tam straszną ochotę, żeby skoczyć”.
Przysięgliśmy sobie, że nie skoczymy. Zresztą najpierw musielibyśmy mieć z czego... W sumie do przewidzenia było, że skoro północne wybrzeże wyspy łagodnie schodzi do oceanu, a południowe tworzą kilkudziesięciometrowe klify, to trzeba się będzie wwindować na górę. Ale nie spodziewaliśmy się, że aż taką górę! Tak kamienistą i stromą. Nasze urocze holenderki (specjalnie używam małej litery, żeby było wiadomo, że nie chodzi o nasze niewolnice z Niderlandów) były na takim terenie niespecjalnie chętne do współpracy. Co za szczęście, że droga praktycznie na całej długości porośnięta była pełnymi owoców krzakami jeżyn, bo inaczej byśmy padły! Bo długim zmaganiu z górą i z rowerami w końcu dotarliśmy na samą górę, by dowiedzieć się, że... droga się skończyła. Zamyka ją kamienny mur. Nie daliśmy się jednak zbić z tropu. Zostawiliśmy rowery, gdzie stały, a sami przesadziliśmy mur w dość dogodnym miejscu, a chwilę później staliśmy już
na
krawędzi
klifu!
Widok zapierał dech w piersi. Na prawo i na lewo ciągnęło się skaliste, kilkudziesięciometrowe urwisko. Płaska, trawiasta powierzchnia wyspy po prostu nagle się urywała. Prosto przed nami rozpościerał się ocean – wydawał się wyjątkowo nieskończony i chyba faktycznie taki był. Stało przed nami kilka tysięcy kilometrów litej wody. A pod nami... cóż. Kto odważy się spojrzeć? Położyliśmy się na brzuchach przy krawędzi i dziwiliśmy się błękitowi wody, która kotłowała się na samym dole. Ciekawe, jak często ocean urywa sobie kawałek klifu. Z entuzjazmem napawaliśmy się tym groźnym widokiem oraz robiliśmy sobie zdjęcia, po czym wymyśliliśmy sobie zabawę. Ciekawe, czy zgadniecie, w jaki sposób zabawiają się szacowni studenci WUM, SGH, UW, SGGW i PW na jednym z najwyższych klifów w Irlandii. Czy:
a. przepytują się wzajemnie ze znajomości geografii świata, gór, rzek i stolic?
b. prześcigają się w śpiewaniu mniej lub bardziej znanych arii operowych?
c. plują w przepaść i patrzą, jakie śmieszne się robią kształty?

Odpowiedzcie sobie na to pytanie w Waszym wnętrzu.
 
A potem sięgnijcie po ciąg dalszy.

środa, 4 września 2013

Niedziela 25 sie: ten z rozszalałą dewocją

To znaczy tak: gdybyśmy chcieli być prawdziwymi dewotami, musielibyśmy przez cały ów szabat nie kiwnąć palcem, ani nie iść nigdzie, ani nie przyrządzić jedzenia.. A niestety robiliśmy rzeczy :( I to czasem w podwójnej ilości! Zlecono nam bowiem, abyśmy zaśpiewali w niedzielę nie na jednej mszy, ale – tak, tak, bardzo dobrze liczycie! - na dwóch. Po pierwsze bowiem o 10 rano odbywała się msza dla Irlandczyków, na której byliśmy mile widziani i oczekiwani (tak przynajmniej twierdził Father Lucas). Byliśmy więc (a zważcie, jak wcześnie trzeba było wstać w niedzielę, by tego dokonać!), widzieliśmy i zaśpiewaliśmy nasze miłe prostoty.
Po spełnieniu tego jakże słodkiego obowiązku pozostało nam nieco wolnego czasu, który postanowiliśmy spędzić każdy według swego upodobania, to znaczy – wolna amerykanka. Niektórzy spacerowali, kupowali pamiątki i pisali pocztówki (szczegółów ich postępowania, ku swemu wielkiemu żalowi, nie jestem w stanie przekazać), my zaś – znaczy Karla, Asia i Maria – miałyśmy pomysł zgoła inny. Otóż nauczone doświadczeniem Joanny, która przed paru laty odwiedziła to zacne miasto i dla zarobku dawała kameralne koncerty w przestrzeni miejskiej – czyli innymi słowy śpiewała na ulicy – zapragnęłyśmy powtórzyć ten wyczyn. To znaczy, przyznam szczerze, że chyba ja najbardziej, a dziewczęta zbytnio nie protestowały. Po wielu chwilach ociągania się – a musicie wiedzieć, że w temacie śpiewania na ulicy każda decyzja jest niebywale trudna i wymaga czasu – udało nam się zabrać ze sobą plastikową miskę, do której miała trafiać zarobiona przez nas ciężka kasa, i opuścić naszą przytulną sypialnio-jadalnio-salono-kuchnię.
Nasze kroki skierowałyśmy ku Shop Street, czyli najbardziej ludnej uliczce Galway, pełnej restauracji, pubów i sklepów z pamiątkami, a co za tym idzie, również turystów. Prawdziwy raj dla grajka! To zdanie podzielałoby wielu muzyków, którzy niestety pozajmowali już większość strategicznych miejsc na ulicy – w rozsądnej odległości od siebie nawzajem oraz od sklepów, które co cichszego śpiewaka mogły zagłuszyć odtwarzaną muzyką. Należało więc działać szybko i rozważnie – z jednej strony zdążyć przed innymi, którzy mogliby jeszcze przybyć, a z drugiej przewidzieć, jak głośno grają już obecni i czy w ogóle nikt nie będzie miał do nas pretensji. W końcu znalazłyśmy jaką taką miejscówkę – pod sympatycznym sklepem muzycznym, za winklem, który miał swoje zalety i wady. Co prawda chronił nas przed ekspresją pewnego pana z banjo (który jak na brak nagłośnienia śpiewał naprawdę niewypowiedzianie głośno), ale zasłaniał nas, tak że mogli nas zobaczyć tylko ludzie idący w jednym kierunku. Ale miejscówka była wybrana, wierzcie mi, to już COŚ. Ostatni problem stanowił przedziwny pan, który po drugiej stronie deptaka siedział w wielkim pudle, wystawiając z niego jedynie głowę i udając, iż jest to głowa psa. Długo trzeba by opisywać, aby oddać mu sprawiedliwość – zapraszam do zapoznania się z umieszczoną niżej fotografią! W każdym razie pan pies ruszał głową i wył piosenkę „Fields of Athenry”, niestety w sposób pozbawiony uroku. Miałam trochę skrupułów, czy aby stojąc niedaleko, nie będziemy odbierać mu klienteli (a on był przecież pierwszy i tutejszy), ale Asia słusznie stwierdziła, że on chyba celuje w nieco inną niszę niż my.
Postawiłyśmy przed sobą miskę (przybrawszy ją uprzednio bardzo gustownym szaliczkiem Karli, aby była widoczna i nie odstraszała, miska znaczy), i... Tak, to jeden z trudniejszych momentów: trzeba otworzyć usta, a potem nagle usłyszeć, że się śpiewa. Można do tego zamknąć oczy, ale raczej nie warto zaciskać zębów. Dobra, wdech, wydech i jedziemy! Zaczęłam chyba sama i zaśpiewałam jakąś serbską piosenkę z warsztatów, a potem wspólnie wykonałyśmy (he, he) kilka piosenek na dwa głosy – dla wtajemniczonych w jednej z nich występowała mała Małgorzata. Potem znów pośpiewałam sama, biorąc na warsztat piosenki polskie i serbskie.
Okazało się, że słowiańska muzyka ludowa znajduje w Galway uznanie głownie u turystów-emerytów. Trochę litowali się nad nami – tak jak pewni państwo, którzy obserwowali nasz proces decyzyjny (tu czy nie tu? Zacząć czy nie zacząć?), zapytali, czy robimy to pierwszy raz i popędzili nas, żebyśmy zaczynały, bo oni chcą posłuchać :) a następnie dali swoim wnuczętom drobniaki, by nam nawrzucały. I tak zarobiłyśmy pierwszą kaskę, ważną w kontekście kreowania scenicznego image, bo zasada z punktu widzenia przechodnia jest prosta – jeśli są pieniądze w misce, to znaczy, że muzyka jest coś warta i można się zatrzymać. Spotkałyśmy się jeszcze z pewną ilością ludzi oraz uznania, tak że ostatecznie zarobiłyśmy w tym miejscu około 10 €. Kiedy wszystkie piosenki zostały już zaśpiewane, znalazłyśmy sobie nowe miejsce – u wylotu Shop Street, całkiem niedaleko rzeki i naszego klasztoru. Asia opuściła nas, by zaczerpnąć nieco internetu w kawiarni, a my pośpiewałyśmy jeszcze ze 40 minut i uzbierałyśmy 7 €. Słuchali nas także Polacy – niejaka Aneta Peryga (<3), jak również pan, który powiedział, żebyśmy śpiewały weselsze piosenki (przecież jako jeden z nielicznych rozumiał słowa. Wrażeniem nie do podrobienia była świadomość bycia czymś egzotycznym w tym wybitnie anglojęzycznym, zachodnioeuropejskim krajobrazie.) Słuchał nas jeszcze jeden Polak, z którym ucięłyśmy sobie potem dłuższą pogawędkę. O dziwo, chyba nie spytałyśmy, jak miał na imię... Pan koło czterdziestki, od sześciu lat w Galway, na wstępie z miną znawcy entuzjastycznie pochwalił nasze zgranie w dwugłosie. Potem dowiedziałyśmy się, że życie Polaka w Galway nie jest wcale takie lekkie, bo jak zatrudniają, to na czarno, i w ogóle tej pracy nie ma za wiele. Nasz rozmówca żył akurat z irlandzkiej renty (całkiem przyzwoitej), gdyż kilka miesięcy wcześniej uległ wypadkowi w pracy i miał pogruchotaną nogę. Od jakiegoś czasu mieszkał już w hostelu i niestety nie wyglądał najlepiej. Nic nie mogłyśmy pomóc... Powiedziałyśmy na koniec tylko, że będziemy jeszcze śpiewać na polskiej mszy u dominikanów, na co pan rozpromienił się, gdyż regularnie na nią chodził. Stwierdziliśmy więc, że jeszcze się zobaczymy, po czym pan poszedł posłuchać innych grajków, a my udałyśmy się powoli do domu.
Gdy tam dotarłyśmy, miało się już ku obiadowi. Czuć było niedzielą! Zwłaszcza że tego dnia zrobiliśmy szczególnie wystawne zakupy: mieliśmy nawet ananasy (okej, z niezłej promocji, ale zawsze), a także masło – jak się potem okazało, bez dodatku soli, za to ze sporym dodatkiem dobra. Niebawem obiad wjechał na stół – tym razem autorką była Marta. Cóż to były za frykasy! Po pierwsze – zrobiono właściwy użytek z klasztornej frytkownicy, smażąc w niej kawałki ziemniaków w mundurkach. Efekt był smakowity. Gwoździem programu był zaś kurczak w różowawym sosie z curry oraz z ananasem. Wisienkę na torcie zastąpiliśmy brokułem na marchewce.
Należało jeść z namaszczeniem godnym tego wykwintnego posiłku, jednak nie mogliśmy przesadzić, gdyż o 16 umówiliśmy się z ludźmi z polskiego duszpasterstwa na wspólną próbę przed mszą (tą drugą właśnie). Na szczęście nikt się nie udławił, zdążyliśmy nawet pozmywać, a potem dołączyła do nas oczywiście Najlepsza Kasia (wciąż chora, niestety), jej koleżanka (nie dosłyszałam imienia i wciąż palę się ze wstydu na samą myśl :() oraz przemiłe małżeństwo – Ala i Arek. BRATA Marcina już z nami nie było, chłopcy ofiarowali swoje usługi jako służba liturgiczna (ta jedyna słuszna!), a więc byliśmy już w komplecie. Mimo wszystko mieliśmy całkiem niezłe proporcje głosów – okazało się, że Arek, który raptem parę razy w życiu śpiewał w scholi, naprawdę fenomenalnie radzi sobie jako bas! Altów i sopranów było oczywiście pod dostatkiem. Miło było wreszcie pośpiewać nasze piosenki, nie dość, że polskie, to jeszcze posiadające w miarę złożoną melodię (wcześniej celowaliśmy w maksymalną prostotę, żeby Irlandczycy mogli się dołączyć do śpiewu; teraz zaś można się było oprzeć na umiejętnościach polskich wiernych, które pieczołowicie wypracowywała w nich Kasia). W końcu udaliśmy się na mszę, którą odprawili na spółkę Father Lucas i o. Marek, duszpasterz Polaków w Galway, który dawniej czuwał nad duszpasterstwem akademickim u dominikanów w Lublinie. O. Marek był chyba zadowolony z naszej obecności i pomocy (co by nie mówić, zapewniliśmy niemal kompleksową obsługę mszy!), tak więc – dobrze, że tam byliśmy.
Po mszy mieliśmy zrobić po normalnemu nieszpory i kolację w domu, ale ponieważ dysponowaliśmy wyjątkowo dużą ilością czasu (była dopiero 18 i nie mieliśmy więcej planów), powstał inny pomysł: wziąć brewiarze i jedzenie ze sobą i odprawić wszystko na niewielkim klifie, który widzieliśmy w oddali z Salthill. Zapytani miejscowi twierdzili, że nie jest do niego jakoś strasznie daleko, a że obiekt wyglądał atrakcyjnie i tajemniczo, postanowiliśmy, że go zbadamy. W miarę szybko zebraliśmy się i po jakichś 40 minutach dotarliśmy do wieżyczki ratowniczej w Salthill – była to ta sama trasa, którą zrobiliśmy przez cały dzień w piątek, ale oceaniczne muszelki i wodorosty nie wprawiały nas już w tak ogromne osłupienie, toteż mogliśmy iść szybciej. :)
Następnie wkroczyliśmy na zupełnie nieznane ścieżki. Minęliśmy szmaragdowe pole golfowe i kilka campingów, a nasz klif był już coraz bliżej. Nagle – będąc już naprawdę niedaleko – porównaliśmy rzeczywistość z mapką, którą miał Mikołaj w swoim wypasionym telefonie. Oj! Jedyne sensowne przejście prowadziło przez camping położony u nasady cypla, który kończył się klifem. Inaczej mogliśmy ewentualnie iść naprawdę spory kawałek naokoło, by przekonać się, że ze względu na przypływ przedostanie się jest niemożliwe... Co zrobić? Mogliśmy podzielić się na dwójki i spróbować przejść przez camping niczym jego mieszkańcy albo spytać się w recepcji, co da się zrobić. Słusznie wybraliśmy tę drugą opcję. Okazało się, że camping da się obejść – ciut karkołomnie, ponieważ trzeba było się wspiąć na kamienie nad wodą, a to nadawało wyprawie subtelną aurę przygody (co znajdowało swoich zwolenników, jak i przeciwników). 
Po krótkiej dyskusji zaczęliśmy jednak wspinać się na skałki, po czym przeszliśmy kawałek wśród domków campingowych, zeszliśmy z powrotem w dół, by... znaleźć się w raju, a właściwie (i dosłownie) w jego przedsionku. Naszym oczom ukazała się mała zatoczka o aksamitnie gładkiej wodzie; od morza oddzielał ją wąski, pokryty trawą i sporymi otoczakami półwysep, po którym mieliśmy przejść. Mieszkające w klifach ptaki całymi stadami rozpoczynały wieczorne loty, śmigając nad samą powierzchnią płytkiej wody. 
Wkrótce pokonaliśmy przewężenie cypla i dotarliśmy do miejsca, gdzie rozszerzał się i wznosił. Brnęliśmy teraz wąską ścieżyną przez dżunglę jeżyn, traw i kwiatów sięgających nam po szyje. Po chwili krzaki i zarośla skończyły się, zdominowane przez długą (ale nie wysoką, bo leżącą) trawę. 

Oto był szczyt klifu! Mógł mieć może z siedem metrów wysokości, był zbudowany głównie z ziemi, a powierzchnię miał całą pokrytą trawiastym dywanem-materacem. O, błogości! Trochę nas zmęczyła ta cała wycieczka, więc z miejsca padliśmy na sprężyste źdźbła. O. Łukasz zdecydował, że ze względu na uczestnictwo w dwóch mszach dostaniemy dyspensę na nieszpory (a co z naszą dewocją?!), więc mogliśmy już całkowicie zająć się konsumpcją naszych luksusowych dóbr. Uprzednio nakroiliśmy ananasa, więc spożyliśmy go na przystawkę, a następnie przyrządziliśmy kanapeczki, które doskonale pasowały do otaczających nas rajskich okoliczności przyrody: składały się bowiem (poza chlebem, który sam w sobie nie był jakiś niesamowity) z irlandzkiego masła (o smaku bitej śmietany!) oraz z irlandzkiego dżemu z irlandzkich malin. Niebo! Jeden kęs tego prostego, a jakże wyrafinowanego specjału, i stało się jasne, że warto było być odrobinę rozrzutnym... Od tej pory masło na stałe weszło w skład naszych kanapeczek. :)
Moglibyśmy w nieskończoność wylegiwać się na naszym materacu godnym królewny, ale noc zaczynała już ogarniać ziemię. Musieliśmy zatem w miarę szybko się zebrać, żeby wyraźnie widzieć drogę i bezpiecznie znaleźć się z powrotem w Salthill – co na szczęście udało się bez większych problemów. Ponieważ poziom osiągniętego przez nas zmęczenia był zróżnicowany, jedni udali się już do klasztoru, inni (przewidująco) do sklepu po nowe masło, a jeszcze inni zahaczyli o pub, do którego już wcześniej chcieliśmy się wybrać – O'Connor's. Było tam, jak w każdym tego typu lokalu, dość gwarnie, ale grał bardzo przyjemny zespół: na pianinie kapitalny starszy facet, który w przerwach między piosenkami opowiadał przepalonym głosem starego jazzmana historie ze swojej młodości – a na gitarze wtórował mu młody chłopak, który w razie potrzeby czasem też i śpiewał. A potrzeba była, bo raz po raz rozbrzmiewały piosenki Beatlesów oraz inne starocie. Co jakiś czas do panów dołączała koleżanka z małym, irlandzkim akordeonem – i wtedy cała trójka wykonywała jakiś taneczny kawałek. Niestety, goście pubu nie palili się zbytnio do tańca. Dopiero Edyta i Kuba musieli im pokazać, jak to się robi! Z wdziękiem przetańczyli cały utwór, co było już podsumowaniem naszego pobytu w O'Connor's, bo w końcu zrobiło się dość późno.

Dość tych wrażeń na dziś :)

niedziela, 1 września 2013

Sobota 24 sie: ten z wizytą u hobbitów

W sobotę postanowiliśmy pozwiedzać Galway w sposób godny prawdziwych turystów. Chytrzy Marysia i Mikołaj już wcześniej wypatrzyli atrakcyjną ofertę wycieczki po mieście z przewodnikiem. Niewątpliwym plusem wizyty w informacji turystycznej była obecna w tamtejszym powietrzu wifka, która, jak doskonale wiemy, jest niezbędna do życia jak tlen. Napotkaliśmy tam jednak na trudności językowe - byliśmy przekonani, że FREE TOUR oznacza tour za fri, innymi słowami za 0 €. A jednak okazało się, że za 10. Szczęśliwie za półtorej godziny w innym punkcie rozpoczynała się inna free tour, tym razem opłata była na zasadzie "co łaska" po skończonej wycieczce, przemiło. Dodatkową atrakcją była wreszcie objawiona prawdziwa IRLANDZKA POGODA. Deszcz, chłodny wiatr, wszechobecna mokrość - jak na zamówienie! Złaziliśmy zatem miasteczko w międzynarodowej ekipie (Anglicy, Niemcy, Argentyńczycy...) i w charakterystycznych dla Irlandii warunkach pogodowych.


Nasza przewodniczka, przemiła Irlandka, opowiadała nam najróżniejsze ciekawostki o spotykanych po drodze obiektach, na przykład zielonych skrzynkach na listy, które były manifestem podkreślającym niezależność Irlandii od Anglii. Zadziwiła nas katedra, zbudowana dopiero w latach 50. ubiegłego stulecia, będąca połączeniem stylów gotyckiego i romańskiego (:o). Niektórych zadziwiła też odbywająca się tam wówczas ceremonia zaślubin i to do tego stopnia, że postanowili odłączyć się od grupy i tam zostać (żeby obczaić stylówkę panny młodej i gości ;)).
Ksiądz mający błogosławić ślub doskonale spisywał się w roli konferansjera - po rozpoczęciu mszy wyszedł do zgromadzonych w kościele weselników z powitaniem i troską, czy aby na pewno czują się dobrze i wygodnie w tym miejscu, w którym mają spędzić najbliższe minuty.
Dobra, oni zostali, a reszta ruszyła dalej wzdłuż rzeki i dotarła w znajome tereny naprzeciw kościoła dominikanów, pod Łuk Hiszpański - jedno z bardziej charakterystycznych miejsc w Galway. Tam straciliśmy kolejną część ekipy, która wybrała suchość ciepłego domku, zaś do końca zwiedzania dotarła bodaj czwórka najbardziej zaciętych. A było na co zwrócić uwagę - Latin Quarter, targ pełen pachnących świeżych warzyw i rękodzieł, a także kamienica, z której podczas pożaru małpka uratowała dziecko. Takie historie!
Po zakończonym zwiedzanku ukłoniliśmy się w pas równie przemoczonej jak my pani przewodniczce, zrobiliśmy zrzutkę na "co łaska" i ruszyliśmy spacerkiem do dominikanów. Przez nadal dość opustoszałe uliczki, choć w międzyczasie deszcz ustał i wszystko (my też!) zaczęło schnąć.
Obiad, choć niskobudżetowy, był wysokoodżywczym i smacznym (makaron z czerwonym pesto z suszonych pomidorów oraz gotowane brokułki <3). Przed mszą daliśmy sobie czas na odpoczynek, spanie, planszówki, spacery po mieście i nadmorskie wyprawy. Warunki były doskonałe na kąpiel w oceanie (potwierdzają Asia, Karola) i na ludowe śpiewy na brzegu (Maria). Na mszy mogliśmy doświadczyć radosnych nabożnych pieśni, w dodatku po angielsku, które wykonywał nieznany nam bliżej chór.


Po mszy i nieszporach odbyła się misja "Crane. Podejście drugie", zakończona sukcesem - bezapelacyjnie! Trafiliśmy do ciepłej izdebki, wypełnionej ludźmi i wesołą muzyką. Przy jednym ze stołów siedzieli muzykanci z instrumentami, z których płynęły pod sufit słodkie harmonie radosnych irlandzkich piosenek. Nie był to żaden zespół, ale grupka, do której w ciągu wieczoru dosiadali kolejni, dorzucając do tego muzycznego strumyka dźwięki banjo, skrzypiec, fletu czy harmonii. Gdy zamknęło się oczy, można było pomyśleć, że przenieśliśmy się do karczmy i siedzimy sobie wśród krasnoludów, elfów i hobbitów. A niektórym nogi same rwały się do tańca ;)
Moglibyśmy trwać w tej czarodziejskiej błogości do końca świata, ale w końcu wróciliśmy do siebie posiedzieć, pogadać, spać. Dobranoc!
PS. Wizyta u hobbitów to nie jedyne muzyczne słodycze na dziś! W oczekiwaniu na fritur przystanęliśmy na dobre kilkanaście minut u wylotu Shop Street, gdzie dwóch panów wyprawiało niewiarygodne czary. Służyły im do tego instrumenty, zadziwiająco kategoryzowane jako perkusyjne (mimo że, hej, melodyjki!), a dla większości będące niczym innym jak po prostu dużymi cymbałkami. Najpewniej były to wibrafon i ksylofon (zastanawiałamby się, czy może jednak marimba, ale raczej ksylo), ale cóż to za różnica! Panowie czarodzieje z właściwym sobie wdziękiem i szaleńczą radością (uśmiech łobuza rodem z Olivera Twista - zauważono) uwalniali z metalowych i drewnianych sztabek melodie zarówno dobrze znane, jak i te gdzieś kiedyś słyszane, ale nieoczywiste. Trwaliśmy tak sobie w cudnym zasłuchaniu, gdy zaczęło padać i koncert stał się zakończony. Jedynym pocieszeniem był fakt, że osłonki  z plandeki, w które schowano czarodziejskie narzędzia przed deszczem, mogły być dalekimi kuzynami naszej umiłowanej ruskiej torby <3



 PS. Te obrazki z Galway to nie z dziś. Aparaty tkwiły szczelnie wciśnięte pod kurtki lub do plecaka. Niemniej jest tam tak ładnie, zobaczcie! (a najlepiej: skosztujcie i zobaczcie).


Piątek 23 sie: ten z dnem i wodorostami

W piątek po raz pierwszy obudziliśmy się w Galway. Festiwal pierwszości popłynął dalej: pierwsze śniadanie, pierwsza jutrznia, pierwszy spacer nad ocean... Nad ocean! Czaicie to?


Galway jest cudownym miasteczkiem i na dość małej powierzchni gromadzi dużą różnorodność wszelkiego dobra. Jest tam rzeka - jak się później okaże, o najszybszym nurcie w całej Irlandii (:o) oraz wspomniana Zatoka będąca rzeczywiście oceanem, który wrył się w środek zielonego lądu. Żeby było weselej, w oddali widać też wyspy, na których góry! Oto cuda. Te wszystkie piękna dostali Irlandczycy onegdaj w prezencie od Pana Boga i we współpracy z Nim dorzucili śliczne kolorowe domki do tego rajskiego zestawu, z którego i my mogliśmy przez parę dni pokorzystać ;-)
Dość późnym porankiem (bo wysypianie się po podróży, celebrowanie każdej chwili etc.) wyruszyliśmy na spacer do Salthill, części Galway szczycącej się posiadaniem dostępu do oceanicznych przestrzeni.



Dane nam było przekonać się, że zjawiska przypływu i odpływu, którymi zaprzątano nam głowę w szkole, to nie bujda, a najprawdziwsza rzeczywistość. Dzięki temu nieodgadnionemu procesowi mogliśmy podreptać sobie po oceanicznym dnie i pozostać w suchości, choć jeszcze kilka godzin wcześniej woda sięgałaby po szyję. Przy dźwiękach piosenki "Bursztynek, bursztynek, znalazłam go na plaży", którą nucił Father Luke, przegrzebywaliśmy kamienie i glonowe ogrody w poszukiwaniu najpiękniejszych muszelek, fragmentów pancerzy morskich potworów i ogólnie pojętych skarbów. Można też było posiedzieć na skałach i podziwiać ocean rozlewający się aż po horyzont, a może nawet i dalej, oraz chmury odgrywające widowisko plenerowe "Deszcz nad Galway", którego akcja coraz bardziej przybliżała się do nas. Finalnie wcale nie znaleźliśmy się w jej środku, widać irlandzka pogoda postanowiła nas jeszcze trochę porozpieszczać.


 
penetrujemy morskie eks-głębiny. 

pąkle!

   Wypatrywano też wielorybów i morskich stworzeń - wcale nie bezzasadnie, bo obecność takich na przykład fok w Zatoce to fakt powszechnie znany i doceniany. Są to jednak zwierzaki nieprzyzwyczajone do bycia w centrum wydarzeń i zawstydzone nadmiarem atencji skupionej na nich. Biedne, nieco peszyło ich pokazywanie się szerokiej publiczności, i to z zagranicy. Cóż, czekało nas jeszcze kilka dni w Galway i kolejne szanse na kontakt z pięknymi przedstawicielkami oceanicznej fauny <3
Chwilkę wolnego czasu w Salthill poświęciliśmy na pożywianie się specjałami niestety nieodmiennie wpisującymi się w nurt "junk food". Ze swej strony pragnę mimo wszystko polecić lody w kosmicznych smakach, wśród których melon, creme brullee oraz tajemniczo brzmiący rocky road (kakaowe z drobnymi pianeczkami marshmallows w środku).


Dalsze atrakcje spotkane nad brzegiem oceanu to pole golfowe oraz wysoka wieża, na którą się wdrapaliśmy by móc się poczuć troszeńkę jak na klifie (bo wysoko). Nie jesteśmy frajerami, na klif też poszliśmy, ale jeszcze nie teraz ;-)



Spacer nabrzeżem doskonale może podsumować krótki, ale bezbłędnie trafiający w sedno wiersz, który zacytuję: "Piękna jest ta Irlandia zielona, w kolorze trawy i kolorze glona".
Tymczasem nadszedł czas na PIERWSZY PRAWDZIWY OBIAD W IRLANDII. Było to wydarzenie wielkiej wagi i posiłek godny co najmniej książecego podniebienia, wykonany złotymi (polskimi) rączkami Asi w zaciszu klasztornej kuchni. Znacząco podniosło to morale w ekipie, która rozpoczęła wokalne przygotowania do wieczornej mszy. Nie byliśmy sami! Ku wielkiej radości dołączyła do nas Najlepsza Kasia (Kasia od polskiej scholi w Galway) oraz BRAT Marcin. Niesposób nie pochwalić się ogarnięciem pieśni "Uczta Baranka" w trzy-, a nawet czterogłosie (bas: Leszczi)! Pozostały repertuar międzynarodowy, po łacinie, a w dodatku ładny i prosty. Zaśpiewaliśmy też cudną Pieśń o Najświętszej Maryi Pannie ("Z Niej wstało światło"), bo święto tejże.


Kasia, która szybko zdążyła zdobyć nasze serca (później także nasze żołądki, ale to kilka postów dalej), towarzyszyła nam także po mszy, kiedy to wyruszyliśmy na nocne zwiedzanie Galway. Jako cel upatrzyliśmy sobie, za radą Kasi, pub Crane, w którym to odbywają się otwarte sesje tradycyjnej muzyki irlandzkiej. Gdy tam dotarliśmy, okazało się, że to dopiero za pół godziny, więc oczekiwanie przerodziło się spacer.

Good night, Galway. 

Po drodze porzuciliśmy pragnienie wieczoru w pubie na rzecz planszówek w klasztorze. Na stół wyjechała zatem herbata, Munchkin oraz niezawodna gra na "O", której nazwy nie wymienię (bo ile można). Munchkin to przedziwna gra, w której można odziać się w skórzaną zbroję (Mikołaj), rzucić klątwę "Zmień płeć", a postrachem graczy jest Latający Nochal. Cóż, niektórych rzeczy nie da się zrozumieć ;-)
Podobnie niepojęte, tak przy okazji, są oficjalne oraz niepisane zasady ruchu drogowego obowiązujące w Irlandii. Nie dość, że jeździ się tam po ZŁEJ STRONIE drogi, to jeszcze w dobrym tonie jest przechodzić przez ulicę niezależnie od sygnalizacji świetlnej. Niezależnie od pasów as well, a jakże. Podobno po tym można poznać, kto jest turystą- grzecznie czeka na zielone. Dziś właśnie to robiliśmy i zostaliśmy strąbieni, wyobrażacie to sobie? Co za kraj! A za rzucanie gumy do żucia na chodnik płaci się 150 € mandatu.

twórcze poranki. 




przechodziliśmy przez Windows :o


o, syrenka!

Anetka oraz dno i wodorosty.

kąpiel w oceanie? tylko w kurtce!
prawie sygnalizacja świetlna. 



zawstydzone łabądki <3

to właśnie mógłby być basaras! (busaurus)

a to ładna studzieneczka. 


sobota, 31 sierpnia 2013

Czwartek 22 sie: ten z basarasem

Czwartek, jak to zresztą często bywa, był dla nas dniem czwartym. A także pełnym atrakcji i zmian! Musieliśmy bowiem wstać naprawdę wcześnie z naszej cudownie wygodnej podłogi, by się spakować i wyruszać dalej w trasę. Zaliczyliśmy, oczywiście, klasztorne śniadanko (mleko + miliony płatków oraz tosty z marmoladą pomarańczową lub solonym masłem, mniam mniam), podczas którego gawędziliśmy jeszcze z ojcem, który oprowadzał nas po klasztorze poprzedniego dnia. Rozmowa zeszła na język irlandzki, a to za sprawą dworca autobusowego, na który potrzebowaliśmy dojechać; na planie miasta wypisano jego nazwę – BUSÁRAS. No i powiedzcie teraz, drodzy, któż, siląc się na angielską wymowę tego słowa, nie wydałby z siebie wdzięcznego: ['basaras]? (sylaba poprzedzona apostrofem jest, jak chcą zasady zapisu fonetycznego, akcentowana). Ojciec (o imieniu, które w dalszym ciągu pozostaje mi nieznane :() zaśmiał się tylko i poprawił: [bas'aaaaaaras]. Bo to właśnie irlandzkie słowo oznaczające skrzyżowanie autobusu z budynkiem, czyli dworzec autobusowy. W sumie nasza wersja brzmiała niezbyt udanie – trochę jak nazwa dinozaura albo nosorożca! Mimo wszystko bardzo trudno nam się było przestawić na bycie w porządku z irlandzką wymową i ciągle wyskakiwaliśmy z basarasem – na co ojciec, jako prawdziwy chrześcijanin, zamiast załamywać nad nami ręce powiedział „Ojcze Nasz” po irlandzku. No dobra, poprosiliśmy go o to. Poczuliśmy się przez tę chwilę jak cofnięci setki lat w czasie! Język, wiadomo, jest do niczego niepodobny, starożytny i w ogóle magiczny. Aż przytoczę z Wikipedii, jak to wygląda.. choć brzmi, oczywiście, w sposób jeszcze dziwniejszy i nie dający się wywnioskować z zapisu.

Ár nAthair, atá ar Neamh,
Go naofar D'ainm.
Go dtaga Do ríocht.
Go ndéantar Do thoil,
Ar an Talamh mar a dhéantar ar Neamh.
Ár n-arán laethúil tabhair dúinn inniu.
Agus maith dúinn ár bhfiacha,
Mar a mhaithimidne dár bhféichiúna féin.
Agus ná lig sinn i gcathú;
Ach saor sinn ó olc.
Aiméan.
Tak że tego. Posileni w tak wielkim stopniu na ciele i na duchu mogliśmy spokojnie wyruszać na spotkanie przygody. Wersje wydarzeń były dwie: większość zabierała swe walizeczki i jechała do Dublina, by przemierzyć jeszcze te rejony, które wielce nęciły tajemniczością lub zielenią, a nie zostały dotąd zeksplorowane. Znakomita mniejszość (Edyta i Mikołaj) zamierzała wybrać się na wzgórza w Tallaght, które również przyciągały swą dziką urodą. O. Łukasz natomiast rzucił się w szalony wir życia klasztornego: miał trochę odpocząć, a trochę pointegrować się ze współbraćmi, między innymi z przeorem Donalem, który wcześniej zarządzał konwentem w Galway, a w ogóle to przypominał wiewióreczkę. Dopiero z perspektywy czasu jestem w stanie docenić przebiegłość tej ostatniej trójki: zostali w Tallaght specjalnie po to, aby móc później na wyłączność pławić się w chwale ruskiej torby, którą mieli przetransportować na 'basaras. Ten złowrogi geniusz wprawia mnie w osłupienie!
Szczegóły ich działania pozostały dla mnie tajemnicą. Wiem jedynie, co porabiali ci, którzy wyruszyli na rekonkwistę Dublina. Wymyśliliśmy, że tym razem możemy przejechać się tramwajem Luas, który zawoził nas nieco bardziej na północ, niż zrobiłby to autobus – a więc właśnie tam, gdzie chcieliśmy się dostać. Niestety, jego przystanek znajdował się nieco dalej, ale dało nam to tylko okazję do dogłębniejszego zwiedzenia goszczącej nas miejscowości. Po drodze minęliśmy buty zwieszające się nad nami z latarni (trochę jak w „Dużej rybie”), egzotyczną placówkę mieszczącą, cytuję żywcem, „studio paznokci” i „zakład fryzjerski”, a także mały uniwersytecik (to już niezależnie od paznokci). W końcu zobaczyliśmy nasz pociąg obiecany. Stał bardzo cierpliwie na swojej stacyjce, która na szczęście była pierwszą na tej trasie. Musieliśmy jeszcze kupić bilety w automacie. Płatności za przewóz kolejką Luas (to po irlandzku „prędkość”) zależą od strefy, do której chce się dojechać. My wybieraliśmy się do centrum, więc zapłaciliśmy 2,5 €. Hej! To mniej niż za autobus, a taki elegancki pojazd! Przypomina w gruncie rzeczy nasze porządniejsze SKM-ki, lecz do metra podobny jest w tym, że ma tylko dwie trasy – czerwoną i zieloną. Na chwilę serca podeszły nam do gardeł, bo w momencie, gdy byliśmy już gotowi z biletami, drzwi kolejki zamknęły się nam dosłownie przed nosem. Do stu tysięcy beczek wielorybiego tłuszczu! Okej, pociąg jednak nie uciekł, drzwi rozsunęły się i mogliśmy wsiąść.
Rozsiedliśmy się wygodnie i planowaliśmy zagospodarowanie nadciągających godzin. Tymczasem mijaliśmy przystanki o bardzo malowniczych, plastycznych nazwach: Red Cow, Bluebell, Blackhorse i Goldenbridge. Uważam, że w Warszawie też powinniśmy dorobić się stacji metra o nazwie Czerwona Krowa. Bardzo smutne w sumie, że jeszcze jej na mamy. Mieszkałabym. Zresztą nie wiadomo w ogóle, co w tej trasie najlepsze! Gdyż po chwili przenieśliśmy się w czasie i przestrzeni, zatrzymując się na stacji Fatima. Och, gdybyż to jeszcze był 13. dzień miesiąca, cóż za wspaniała byłaby to pielgrzymka! Ale był to 21, więc olaliśmy (czego dowodem jest poniższe zdjęcie) i pojechaliśmy dalej.
Couldn't care less.

Plan ataku na Dublin był taki:
Zuzia i Kuba → desant na stacji Houston, potem przedarcie się do Phoenix Park i wykonanie dokumentacji fotograficznej terytorium przeciwnika.
Stangi, Aneta, Marta, Karla i Maria → opanowanie przystanku Four Courts, następnie przemarsz przez teren zabudowy średniowiecznej i rekonesans. W wyniku tego ostatniego namierzyliśmy miejsce w parku, gdzie w XIX stuleciu urodził się jakiś apostoł (kościoła dziwnego, choć chrześcijańskiego), a nieco dalej polski kościół. Była tam figura św. Judy Tadeusza, czyli... St. Jude. Piosenka „Hey, Jude” (Hej, Judo Tadeuszu) nabiera niniejszym nowego wymiaru. Niestety, na tym etapie nasze oddziały zostały rozbite :( i poruszaliśmy się ewangelicznie, bo mniej więcej dwójkami.
Mogę opowiedzieć tylko o tym, co robiłyśmy z Karlą. Otóż dzielnie przemaszerowałyśmy przez areał oznaczony na planie miasta jako „Viking/Medieval Area”, następnie wkroczyłyśmy do sławnej dzielnicy Temple Bar, znanej z licznych pubów, sklepików i ogólnie artystycznej atmosfery. Było nam tam rzeczywiście bardzo słodko! Primo, ponieważ znalazłyśmy wspaniały sklep ze słodyczami, gdzie z głośników leciały stare szlagiery, a do kupienia były kanapki do złudzenia przypominające te, które dostać można w Coffee Heaven, lecz zrobione z marshmallow (!!). Trafiłyśmy też do uroczego sklepu z rękodziełem, pełnego kapeluszy, dziwacznej biżuterii i bibelotów. W ogóle było tam ładnie, choć nie za bardzo było gdzie się zatrzymać. Byłyśmy jednak tak wspaniałymi, kochanymi koleżankami, że kupiłyśmy chleb na wspólny posiłek w irlandzkim basie.
Naszym ostatnim celem był kościół dominikanów - St. Saviour's Priory (w odróżnieniu od naszego St. Mary's). Trochę podreptałyśmy i był. A jaki piękny!... Strzelisty, z gotyckimi łukami i starymi witrażami. Zaśpiewałyśmy aż z tego Modlitwę Dominikańską. Można by tam być zawsze. A ledwo kto wpadł poza nami, ze dwie osoby może... Posiedziałyśmy z 15 minut i dalejże biegiem na basarasa! 
U dominiksów w Dublinie <3

Byliśmy bowiem umówieni o 13.30 zresztą oddziału, o 13.45 zaś z tymi, których opromieniała gloria ruskiej torby. W miarę udało się zejść w jedno miejsce i ustawiliśmy się w kolejce do busa, który z kolei miał odjechać o 14. Pan kierowca był W SZO-KU na wieść, że jest nas taki tłum, ponieważ nigdy jeszcze nie przyjmował do basa grupy o tak niezrównanej liczebności. Dostaliśmy bilet długi na kilometr i wspięliśmy się na pięterko. Uprzedzam pytanie – wifka niby była, ale nie działała :( więc musieliśmy niestety wyglądać przez okna.
No dobra, było pięknie. Mijaliśmy wiele krajobrazów, a jeden był bardziej zielony od drugiego. Trafiliśmy zresztą na piękną pogodę, więc wszystko wyglądało bardzo optymistycznie, i góry w oddali, i białe koniki w przybliży. Z rzeczy do oglądania mieliśmy jeszcze telewizorek, na którym wyświetlano... widok szosy, którą przemierzaliśmy, z perspektywy naszego kierowcy. Pytanie konkursowe: What is the point?! (ang. co jest ten punkt).
Jechaliśmy po niezłych opłotkach, więc do Galway dotarliśmy dopiero po jakichś 3,5 godziny. Do klasztoru zaprowadził nas ten, który na co dzień wielu prowadzi do zakonu – a więc Father Lucas. Nie był to bowiem pierwszy raz, kiedy przemierzał tę trasę; robił to już wielokrotnie, a za pierwszym razem wtedy, kiedy przed paru laty jako brat student przyjechał tu na kurs językowy. Dotarliśmy na miejsce w miarę szybko, mijając po drodze wiele lumpeksów (<3) i przykładnie łamiąc przepisy dotyczące przekraczania jezdni.
Pokłoń się, chłopcze!

Przeor w Galway (a zarazem, jak się okazało, były prowincjał :o) na szczęście był na miejscu i nie kazał na siebie długo czekać. Zaprowadził nas do sporej sali duszpasterskiej i bardzo miło powiedział, że to będzie teraz nasz dom. Wyposażenie było tu bogatsze niż w Tallaght, bo dość dużo stołów, blat, zlewozmywak, sporo naczyń i urządzenia do gotowania wody. Do naszej dyspozycji były też maty, koce i poduszki, więc mogliśmy urządzić sobie całkiem godziwe barłogi. Oprócz tego na krótkiej drodze do łazienki natrafiliśmy na nieużywany pokoik, w którym były dwa łóżka z podwójnymi materacami. W sumie dziwię się dziś, że wparowaliśmy do niego, nie zapytawszy, ale nikt się nie gniewał.
Kolejną wielką zaletą mieszkania w Galway była KUCHNIA! Mogliśmy z niej korzystać, pod tym tylko warunkiem, że będzie tam przebywać tylko jedna osoba w towarzystwie Fathera. Tego dnia nie zrobiliśmy jednak jeszcze użytku z tego dobrodziejstwa i przejechaliśmy kolejny dzionek na zupkach z kanapeczkami. Lecz nigdy się to już nie powtórzyło!
Niebawem odwiedziła nas Najlepsza Kasia, która prowadzi śpiew na polskich mszach, a w ogóle to była wcześniej w duszpasterstwie akademickim w Lublinie (to obok Dublina), studiowała weterynarię, a teraz pracuje jako kucharz w jednej z lepszych restauracji w Galway. Bardzo chciała z nami śpiewać na mszy, lecz gardło jej ogarnął zaraz i nie mogła :( Na szczęście dołączył do nas też brat Marcin (przez niektórych mylnie zwany po prostu Marcinem) i śpiewał pięknie tenorem. Podobnie jak kiedyś Father Lucas, teraz i on zgłębiał w Galway tajniki angielszczyzny.
Pośpiewawszy chwilę, udaliśmy się na mszę (19.30), by na niej, zresztą, kontynuować śpiewanie. Odprawiał ją pewien wesoły ojczulek. Nie był to jednak jeszcze nasz Ulubieniec i Faworyt... Niektórych z nas spotkał do tego wszystkiego szoking, ponieważ służbę liturgiczną stanowiły wyłącznie panie, oznaczone specjalną szarfą z krzyżem. Wszystko okej, ale gdy przyszło do rozdawania komunii, dla pewnej grupy (w końcu był to wyjazd scholi i ministrantów..) było to już za wiele. To znaczy – początek szkoły miłości.
Po mszy odmówiliśmy nieszpory, a potem, zgarnąwszy Marcina (BRATA Marcina) poszliśmy nie gdzie indziej, jak do pubu – Monroe's, jednego ze starszych i lepszych, jak głosiły internety. Akurat w czwartek, trzeba przyznać, Monroe's nie osiąga szczytu swojej świetności (tej doświadczyliśmy bowiem dopiero we wtorek). Zwłaszcza jeśli siedzi się w mniejszej, bocznej sali, która nie ma nawet pubowego wystroju, za to wyposażona jest w ogromny telewizor, w którym można śledzić emocjonujące zmagania ludzkości z kijem i piłeczką do golfa. W większej sali grał jakiś zespół – dwóch chłopa z gitarami, ale muzyka chyba nawet nie była specjalnie irlandzka :( daliśmy za wygraną, dokończyliśmy guinessy i wyruszyliśmy na nocny spacerek po Galway – co najmniej interesujący.
Polish your Polish. Zuzia wzruszona :o


A potem lulu. Teraz też. Nighty night.